Nasze wolontariuszki pracujące z dziećmi na oddziałach szpitalnych poprosiliśmy, żeby opowiedziały nam o swojej pracy. Oto ich relacje:

Relacja Kariny

2010-09-22

Pamiętam, że pewnego słonecznego dnia szłam sobie ulicą i mijałam przeróżnych ludzi. Rozmaite fryzury, ubrania. Każdy człowiek inny. Mimo pogody, nastrój miałam kiepski, no ale każdemu może się przydarzyć gorszy dzień. Nagle skręciłam w ulicę Kasprzaka, wzięłam z recepcji klucz od pokoju fundacji, po czym weszłam do budynku szpitala. Pomyślałam sobie, że może by dziś odwiedzić najmłodszych spod "piętnastki". Zawsze miałam większą śmiałość do małych dzieci. No i takie jeszcze nie do końca potrafią się same sobą zająć, więc ja bym im urozmaiciła czas i trochę odciążyła rodziców. Zabrałam z pokoju "Drabiny" wszelkie przybory do rysowania, wyklejania, wycinania, parę zabawek i jakieś gry dla najmłodszych. Zawsze zastanawiam się kto dziś będzie miał ochotę i dość sił do rozmowy, gry, czy zabawy. Otwieram drzwi oddziału onkologii, a tam, wraz z przekroczeniem progu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, zapominam o swoim złym nastroju. Właściwie zapominam o sobie. Wkraczam w inny świat. Wszystkie dzieci wydają mi się podobne do siebie, lecz wiem, że każde jest inne. Wszystkie są bez włosów, mają piżamy i coś podobnego w oczach. To ta ciężka choroba je upodabnia. Fakt, że nie mają włosów, nadal wywiera na mnie ogromne wrażenie. Czuję, że to wrażenie jeszcze długo nie zmaleje, jeśli kiedykolwiek. Po drodze, mijam nastoletniego chłopca bez nogi. Przepełnia mnie smutek i żal, jednak jakaś wewnętrzna siła nie pozwala mi ujawnić swoich negatywnych odczuć. Dzieci widzą tylko mój uśmiech na twarzy i radosne, chętne do nawiązania kontaktu spojrzenie. Wchodzę do sali, a tam są Hania, Oliwia i Aleks, którzy wraz z rodzicami, witają mnie serdecznie. Dzieci cieszą się na mój widok i od razu z ciekawością pytają co dla nich przyniosłam, w co się pobawimy. Tego dnia przyszłam bez moich koleżanek wolontariuszek, więc starałam się poświęcić każdemu dziecku tyle samo uwagi. Aleks jak zwykle chciał grać w gry, więc wybraliśmy "Grzybobranie". Aż miło popatrzeć, jaki duch rywalizacji w nim drzemie. Dziewczyny wybrały ciastolinę. One lubią manualne zajęcia. Każde dziecko woła mnie co chwilę, żebym podeszła do jego łóżka i obdażyła uwagą. Cieszę się, że dzieci się dobrze bawią i mają jakieś urozmaicenie podczas długiego pobytu w szpitalu. Maluchy często lubią uczyć mnie jak się bandażuje kończyny, robi zastrzyki, bada. Czynności te z chęcią praktykują na mnie lub na misiu. Za każdym razem zadziwia mnie fakt, że tyle wiedzą o swojej chorobie, procesie leczenia, znają medyczną terminologię. Widzę ogromną dumę w oczach rodziców. Ich pociechy szybciej dojrzewają niż rówieśnicy. Nagle do sali wchodzi ksiądz i wita się z dziećmi. Zawsze, gdy go widzę na oddziale, przypominam sobie, że musi istnieć jakiś głębszy sens tych strasznych chorób. Ta myśl mi pomaga i dodaje sił. Mój czas odwiedzin dobiega końca. Zawsze żal mi się rozstawać z dziećmi, które jeszcze pobawiłyby się ze mną. Obiecuję, że jeszcze wrócę, że znowu spędzimy miło czas i wychodzę. Opuszczam ten mały, zamknięty świat, gdzie czas wolniej płynie. Wychodzę na ulicę, a tam tętni życie. Ludzie gdzieś się spieszą, a mijając szpital pewnie nie zastanawiają się za każdym razem, co się dzieje za jego murami. Mają swoje życie, swoje problemy. Ja wracam pełna zadumy i myślę sobie, że ten dzień znowu wzbogacił mnie duchowo, że jestem bogatsza o nowe doświadczenia, silniejsza psychicznie. Przede wszystkim czuję się potrzebna. Powoli wychodzę z zamyślenia i wracam do "normalnego" życia.

Karina Wisniewska