„Nigdy nie jest tak, żeby człowiek, czyniąc dobrze drugiemu, tylko sam był dobroczyńcą.
Jest równocześnie obdarowywany, obdarowany tym, co ten drugi przyjmuje z miłością”. (Jan Paweł II)
Dziecięcy świat zdecydowanie różni się od tego dorosłego. Jest bardziej emocjonalny, cieplejszy i z pewnością bardziej prosty. Rzeczywistość jest w nim nie tyle bardziej barwna, ile łatwiejsza do wytłumaczenia i sprecyzowania w maleńkiej główce, a pytania i odpowiedzi są w nim takie proste. Nie znaczy to jednak, że dla dziecka właśnie te pytania, te odpowiedzi nie mają ogromnego sensu, nie są potrzebne i ważne. To dzięki nim tworzy nie wyobrażenie o świecie, ile jego prawdziwy, komponentny obraz.
Praca z dziećmi nie jest mi obca. Studia na kierunku pedagogicznym nauczyły mnie niezbędnych teoretycznych podstaw do pracy z małymi ludźmi, dały mi podwalinę do działania. Wolontariat, na który od 7 lat uczęszczam, nie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to co robię ma sens, ale pokazał mi jak rozumieć, współodczuwać, jak rozmawiać i bawić się z dzieckiem zdrowym, jak i tym bardziej z osobą nie w pełni sprawną. To właśnie wolontariat uświadomił mi, że chcę w przyszłości poświęcić się pracy z dziećmi. Przebywanie wśród małych ludzi sprawia mi ogromną radość, ponieważ daje mi to możliwość wejścia w świat dziecka, przez chwilę patrzeć jego oczami, a czasem nawet poczuć to co ono. Jest to niesamowite uczucie, którego nie da się opisać. Dzięki temu, że mogę zbliżyć się do dzieci, wydaje mi się, że bardzo dobrze rozumiem je i ich różnorodne potrzeby. Praca ta daje mi ogromną satysfakcję a największą nagrodą za poświęcony czas jest uśmiech dziecka - nieoceniony, niepowtarzalny a przede wszystkim uskrzydlający serce.
Pomimo mojego dość dużego doświadczenia w pracy z dziećmi chorymi, trudno było mi podjąć decyzję, że chcę zostać wolontariuszką właśnie w IMiD na oddziale Chirurgii Onkologicznej Dzieci i Młodzieży. Byłam pełna obaw, że sobie nie poradzę, nie dam rady – przede wszystkim obawiałam się, że będę podchodzić do całej pracy zbyt emocjonalnie, z żalem, co utrudni mi kontakt z podopiecznymi. Ponadto miałam zupełnie odmienny pogląd na temat funkcjonowania dzieci z oddziału. Wydawało mi się, że są zamknięte w sobie, nie chcą nawiązywać kontaktu z obcymi, tym bardziej z wolontariuszami, których (jak wcześniej uważałam) traktują jako osoby litujące się, nie rozumiejące ich sytuacji, myśli, uczuć. Jednakże, jak się później okazało, byłam w wielkim błędzie. Dzieci z oddziału wykazywały bardzo dużą i cudowną pogodę ducha, były otwarte na nowe znajomości i kontakty, nawet z dużo starszymi wolontariuszami. Wydaje mi się, że bardzo lubią spędzać czas z nami. Bardzo ważna była dla mnie postawa rodziców dzieci przebywających na oddziale, którą cechowało bezgraniczne oddanie swoim pociechom, pomimo wyraźnie malującego się zmęczenia na twarzach.
„Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. (Janusz Korczak)
Pierwsze chwile na oddziale były dla mnie bardzo trudne, czułam się obco, miałam wrażenie, że wszystkie oczy są skierowane na mnie jak na intruza, który zakłóca spokój tego jakże poważnego miejsca. Wydawało mi się, że nie ma tu dla mnie miejsca. Przemierzając korytarz starałam się dyskretnie zajrzeć do każdej sali, moje serce mocno biło, mimo to byłam już pewna, że wejdę do którejś z sal. Tak też zrobiłam. Od tej chwili moje obawy, strach przed porażką zniknęły, ponieważ zobaczyłam uśmiechy dwóch dziewczynek i ich mam. Uśmiech, zwłaszcza ten szczery - dziecięcy uśmiech, łamie wszelkie bariery. Każdy kolejny dzień na oddziale utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji.
Moja praca na oddziale polega na spędzaniu czasu z dziećmi w różnorakiej formie: na czytaniu bajek, zabawach, grach, robieniu prac plastycznych, czy po prostu zwykłej rozmowie. Każdy dzień mojej pracy jest inny, czasem od samego progu słychać było śmiech -dzieci nie traciły swojej energii. Innym zaś razem było zupełnie odwrotnie - panowała cisza, gdyż pacjenci czuli się osłabieni. Dlatego też tak ważne było umiejętne wczucie się w daną osobę i jej nastrój, a w konsekwencji dostosowanie się do panującej sytuacji, aby podopieczny czuł moją akceptację. Bardzo ważne było dla mnie to jak dzieci czuły się danego dnia i na co miały ochotę, bo od tego zależał rodzaj naszej wspólnej aktywności. Dlatego w doborze zajęć kierowałam się przede wszystkim preferencjami dzieci, to one mówią mi czym, by się chciały zająć w danej chwili. Młodsze dzieci lubiły przede wszystkim wspólne czytanie bajek, z dużą chęcią i aprobatą podchodziły do zajęć i zabaw z wykorzystaniem plasteliny – z ogromnym zaangażowaniem powstawały piękne prace plastyczne. Natomiast starsze dzieci wolą spędzić czas na rozmowie, oglądaniu filmów lub grach planszowych.
Cieszę się, że postanowiłam zaryzykować i podjąć się tego wyzwania. Czas spędzony na oddziale jest dla mnie wyjątkowy, ponieważ jest to niecodzienny oddział i wyjątkowe dzieci. Jestem pełna podziwu dojrzałości dzieci, wiedzy i sposobu wypowiadania się o swojej chorobie. Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie było to, iż pomimo bólu, osłabienia okazują radość, chęć do zabawy czy rozmowy z nami. Potrafią się cieszyć a jednocześnie zarażać swoim optymizmem wszystkich z oddziału.
Muszę przyznać, że wchodząc na oddział odnajduję cząstkę siebie, a także poznaję siebie na nowo. Od dzieci uczę się cierpliwości, pokory, innego spojrzenia na świat, dzięki nim też zrozumiałam co jest najważniejsze w życiu. Działalność wolontariacka nauczyła mnie swego rodzaju mądrości życiowej, szacunku dla drugiego człowieka oraz dystansu do samego siebie.
Ela Dworzyńska